Kategorie: Wszystkie | O mnie | PIENIĄDZE | filozofia | iNWESTYCJE | niewyrzucone | znalezione | życie
RSS
czwartek, 27 lipca 2017

    Myślę już o czymś innym, a myślenie z jednej strony "ma kolosalną przyszłość", z drugiej nie zawsze wychodzi na zdrowie.
ustawa

poniedziałek, 24 lipca 2017

    Plan - słówko, które ma wiele znaczeń. Zamiar przyszłościowy odłóżmy na chwilę, ale i plan jako mapa po trosze z tym się wiąże. "Planowo" jestem przygotowana na całą Europę. Jak widać poniżej, zaopatrzyłam się z naddatkiem (dla przypomnienia, to wszystko są śmietnikowe znaleziska):
Europa_1
Europa_2
Europa_3


plany_ang
    Ten duży atlas Europy waży półtora kilo, i to tylko dlatego, że ma oderwaną okładkę, raczej mało przydatny dla kogoś, kto nie jedzie własnym samochodem. Jakby mnie był potrzebny kawałek, nie miałabym obiekcji paru stron wyrwać, ale nie jest.

Polska_1
Polska_2
    Polska '99 również z gatunku wielka cegła. W dodatku z uporządkowaniem nieco dziwnym, na przykładowej stronie fragment Polski południowo-wschodni z Krosnem, a na dole obrazek z katedrą we Wrocławiu. Pozostaje jako ciekawostka.

mapa_PL
    A na koniec coś małego i lekkiego, dzięki temu rzeczywiście przydatnego w podróży - Polska w skali wystarczającej do orientacji dla autostopowicza. To gadżet reklamowy firmy farmaceutycznej, wypikselowałam nazwę nawet nie wiem, czy samej firmy czy jakiegoś specyfiku. Choć kto wie, czy i za to nie pójdę siedzieć, bo w stopce straszy groźne ostrzeżenie o zakazie reprodukowania w całości jak i w części, a technologia foliowania i składania jest opatentowana - no nic, prezentuję zachowanie ryzykowne w ramach przyzwyczajania się do przyszłych zagrożeń i ćwiczenia odporności na adrenalinę.

    Plan Warszawy już był TUTAJ.

piątek, 21 lipca 2017
poniedziałek, 17 lipca 2017

    Znów prawie przegapiłam ;) Tymczasem przybyła na koncie okrągła stówka w ramach darowizny, od osoby anonimowej BDB.

    Dziękuję.


    Od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie decyzja o wyjeździe "za chlebem" czyli za pracą, bo u siebie to się chyba nie doczekam nawet na kasę w Biedronce. Wyjazd do Warszawy, być może wkrótce się urzeczywistni, na razie ciągle szperam po internetach dla orientacji jak to rzeczywiście wygląda i z pracą, i z cenami za wynajęcie jakiegokolwiek lokum. Wnioski nie napawają optymizmem - proste prace tylko dla młodych na śmieciówach (albo dla Ukrainek na czarno), bardziej zaawansowane, niefizyczne, z wymaganiami wręcz kosmicznymi, wśród których wiek (młody dynamiczny zespół) dotyczy 95% przypadków. Znalezienie zwyczajnej pracy, legalnej, na uczciwych warunkach, oskładkowanej i żeby wystarczyło mi na życie plus dodatkowe opłaty za wynajem, będzie wymagało niebywałego szczęścia. Co mi szkodzi spróbować? Ano to szkodzi, że po pierwsze na sam start wydam kasę za którą mogłabym żyć przez kilka miesięcy, po drugie i ważniejsze zawalę swoje dotychczasowe śmieciówy, które po przerwie mogą się ulotnić i nie będzie powrotu nawet do minimum egzystencji. Nie wylewaj brudnej wody, póki nie masz czystej, albo lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu. Z drugiej strony i brudna woda też się wyczerpuje, i wróbel chudnie. Z tej drugiej strony następne porównanie to o żabie, która jak nie wyskoczy z garnka na ogniu, gdy woda jest trochę ciepła, to czekając nie wiadomo na co, w końcu na śmierć się ugotuje. Tak się, kurna, cały czas waham, ale chyba to ryzyko podejmę jeszcze w te wakacje. Wtedy blog, o ile uda się gdzieś dorwać do internetu, zmieni się w reportaż "menel sam w Warszawie", niekoniecznie wśród łowców głów.

folk77_10
folk77_11
folk77_12
    I ta ostatnia szopka krakowska najbardziej mi się podoba z całego zestawu. Może dlatego, że to tradycja wprawdzie zaliczana do "ludowych", ale nie wiejsko-rolniczo-obyczajowa, tylko rzemieślnicza i wymagająca zmysłu konstrukcyjnego. Podobno któryś z moich dziadków czy pradziadków "był wybitnym budowniczym i specjalizował się w  budowlach sakralnych" - jak napisał ojciec w "Dziejach rodziny", które mieliśmy obowiązek przygotować na wychowanie obywatelskie - chyba znaczyło to, że był majstrem cieślą, bo jakim innym "budowniczym" mógł być bez pochodzenia szlacheckiego i wykształcenia, może stawiał przydrożne kapliczki albo był kościelnym złotą rączką. Nic więcej nie wiem, ale niewykluczone, że talent miał i że to jego geny się we mnie odezwały, bo od małego miałam pociąg do wszelkich klocków i majsterkowania. Może jeszcze kiedyś, jak będę nieprzyzwoicie bogata, zrealizuję marzenie z młodości, aby uczyć się architektury, ale coś mi się wydaje, że w najlepszym razie mogłabym dojść do etapu hobbystycznego budowania podobnych szopek. 

piątek, 14 lipca 2017

folk77_7
folk77_8
folk77_9
    Nad tym obrazkiem trochę się zastanawiałam. Tu opis bardzo by się przydał, bo na pierwszy rzut oka ten straszny stwór z czerwonymi oczami wygląda na diabła, ale po chwili pomyślałam, że nie pasuje do poprzedzającego go aniołka. Wykoncypowałam więc, że to musi być wizerunek Śmierci. Przerażający, nie da się ukryć, ale z drugiej strony zabiera białe duszyczki i zapewne za tym aniołkiem zaniesie je do nieba. Ciekawe skąd się to wzięło, skoro od dawien dawna śmierć personifikowano jako postać kobiecą, w długiej szacie i z kosą. Nie napisano z jakiego regionu ani okresu pochodzą te rzeźby. Niemniej, jak na sztukę prymitywną, ten bezimienny rzeźbiarz miał niebywałą fantazję.

środa, 12 lipca 2017
niedziela, 09 lipca 2017

    Nie mam nowych zdjęć, toteż powrócę do staroci sprzed dwóch lat. A tak naprawdę sprzed czterdziestu, oto kolorowy "eksportowy" kalendarz z 1977 roku, promujący Polskę, a Polska czym mogła pochwalić się za granicą? Przecież nie nowoczesną techniką, więc sztuką ludową. Wydawca chyba jest dosyć ciekawy, TV Film Productions Import-Export Office, ależ wypas jak na tamte czasy :) 
folk_0
    Kiedyś wszystko "ludowe" budziło we mnie wręcz obrzydzenie - wiocha, prymityw, głupota, brzydota i po co to komu? W czasach PRL-u najczęściej z tej kategorii można było usłyszeć i obejrzeć w TV nagrania zespołu pieśni i tańca "Mazowsze" - te z kolei w wersji przesłodzonej, przekolorowanej, wypisz-wymaluj jak lalki z Cepelii. Może miała w tym swój udział wyjątkowa u mnie niechęć do historii wszelakiej i ogromne nudy podczas wycieczek do muzeów i podobnych miejsc - bo po co to komu i co mnie obchodzi, jak było kiedyś. Nawet sobie jako dziecko postanowiłam, słysząc, że "Mazowsze" wzbudza nieustający zachwyt w Ameryce i rzadko kiedy koncertuje w Polsce, że gdy jednak do Polski powróci, to nigdy w życiu nie wybiorę się na ich występy. Nigdy, przenigdy!
   
Obietnicy dotrzymałam, choćby z tej racji, że nie trafiła się taka okazja, a po całej transformacji nawet nie wiem, czy takie koncerty w ogóle miały miejsce. Jak dotąd również omijam szerokim łukiem wszelkie festyny "ludowe", które teraz mają w oprawie disco-polo, a są po prostu kiczem i tandetą jeszcze gorszą niż tamta wiocha i prymityw. Najwyraźniej trzeba było lat i chyba jakiejś dojrzałości, aby odróżnić tandetę od prawdziwej sztuki ludowej - aby tę prawdziwą docenić. Naiwność to jednak nie to samo, co głupota. W poniższych dziełach jest wręcz urocza :) Zdjęcia w kalendarzu pochodzą z Muzeum Etnograficznego w Warszawie, może kiedyś obejrzę te obiekty na żywo, nie ukrywam, bardzo mi się podobają. Szkoda tylko, że nie ma opisów do ilustracji. 
folk_2
folk_3
folk_1
    Następne wkrótce :)

środa, 05 lipca 2017

    Podkładka pod mysz (komputerową) nie jest żadnym rarytasem. Mam już kilka lepszej jakości, ale tu jest taki sympatyczny płaz.
rzekotka
    W bajkach żaby zamieniają się w księciów i księżniczki, niestety pocałunek nie podziałał. Dlatego, że to po pierwsze nie prawdziwa żaba, tylko na obrazku, po drugie, że to wcale nie żaba, tylko rzekotka drzewna, zoologowie widzą między nimi jakieś znaczące różnice. A tak w ogóle:
    - Znasz bajkę o żabie?
    - Żabierz pan te łapy.

poniedziałek, 03 lipca 2017

    Podobno jakieś nowe przepisy o odpadach weszły w życie? Jak znam to życie, przepisy sobie, ludziska sobie - segregację mają dokładnie tam, gdzie słońce nie dochodzi. Kto ma we krwi zastanawianie się, czy aby na pewno coś nadaje się tylko do śmieci, będzie wykorzystywał wszystko, co się da, bez względu na przepisy o recyclingu. To chyba jest cecha wrodzona, kreatywność w znajdowaniu zastosowań dla rzeczy niekoniecznie do danego celu stworzonych i dawanie tym rzeczom "drugiego życia". Uważam, że posiadam tę cechę w dosyć zaawansowanym stopniu, ale tu ktoś mnie zagiął.
wyciete
    Kilka puszek po piwie z wyciętym wieczkiem. Do czego to komuś służyło? W pierwszej chwili pomyślałam o pułapce na ślimaki. Wkopuje się pojemnik w grunt, szkodniki zwabione zapachem lezą do piwa, wpadają i się w nim topią. Nie pasuje, bo kolor mocno wyblakły, więc musiały stać na słońcu. Jako doniczki do nasionek? Za wysokie, niewygodne, bez dziurki do odpływu wody, chyba też nie to. Karmnik dla ptaków? Lepsza byłaby butelka z wąską szyjką, odwrócona do góry dnem, z której stopniowo wysypuje się pokarm. I nie wyczaiłam, jakie mogło być "drugie życie" tych puszek. Wzięłam je w celu dania im "trzeciego życia" jedynego, jakie wpada mi na myśl przy tym towarze, czyli odstawienie do skupu, skąd pojadą do przerobu i zamienią się w kolejne puszki - i tak w kółko.

czwartek, 29 czerwca 2017

    Pod koniec miesiąca, już tradycyjnie, podziękowanie dla pana Tomasza za stałą wpłatę. Regularna pięćdziesiątka.
    Dziękuję.

 

wtorek, 27 czerwca 2017

    Istnieją pewne granice udostępniania danych osobowych. Nie zapisuję się do żadnych grup zniżkowych, kart lojalnościowych, programów punktowych i podobnych wynalazków. Zysk z tego jest bliski zeru, zazwyczaj trzeba wydać jakieś kosmiczne kwoty dla badziewnego prezentu albo dotyczy towarów, które i po zniżce są o wiele droższe od normalnych. Pomimo, że pilnuję się maksymalnie i wszędzie, gdzie tylko możliwe, nie wyrażam zgody na marketingowe przetwarzanie danych, są one i tak w bazach kupy spamerów. Skąd się tam wzięły? Jak mniemam tylko i wyłącznie z danych, które potencjalny pracodawca dostaje ode mnie w cv, w odpowiedzi na ogłoszenia o pracy - oczywistym jest, że ileś tych ogłoszeń jest całkowicie fikcyjnych i tylko do tego celu służących - aby pozyskać dane, prawdziwe, aktualne i sprzedać je jakimś spamerom, a formułka, że zgoda jest tylko do celów rekrutacji, ma takie znaczenie jak zeszłoroczny śnieg. Ile jestem warta jako jednostka "targetu", 5 groszy, czy jeszcze mniej?
   
Praktycznie biorąc w szambie już jestem, telefon i e-mail mam zaśmiecony na full, więc dołożenie jakiejś karty zniżkowej więcej pogorszyć tego stanu by nie mogło, ale zasad nie zmienię i żadnym marketom nie będę podawać się na tacy. Tym bardziej, że ktoś już podał się Biedronce, a ja na tym skorzystam. 
mojabiedra
    Powyższą kartę pozyskałam z ulicy, podobnie jak wiele innych pogubionych różności. To tzw. brelok, równoważny z pełnowymiarową kartą, której właściciel chyba używa, więc powinien być aktywny. Poczytałam w regulaminie, nie ma zakazu posługiwania się nieswoją kartą. Jeżeli komuś nabiję dodatkowe punkty, zapewne się nie obrazi, a dla siebie może będę mieć jakąś zniżkę, gdy w promocji "kartowej" pojawi się przypadkowo towar, który kupuję, a przypadek taki od początku roku zapamiętałam jeden, reszta to wspomniane rzeczy, które i po zniżce są za drogie. Jeżeli nawet raz na rok zaoszczędzę parę groszy, też dobrze, toteż ze znaleziska jestem zadowolona.

sobota, 24 czerwca 2017

    Innymi słowy podziękowania dla osoby BDB za wpłatę 150 zł, która nastąpiła w najdłuższy dzień w roku, a którą przegapiłam, bo przez kilka dni nie zaglądałam na konto. 
    P
rzeprosiny za stres, że mogło nie dojść :) plus podziękowania jak się należy.

    Dziękuję.
 
koszyczek

    Znowu moja dłoń (lewa), dla pochwalenia się długą linią życia, a przy okazji dla pokazania wielkości tego najnowszego znaleziska.
samolocik
    Jak mniemam, to darmowa zabawka dla pasażerów samolotu w wieku niemowlęcym. O ile wiem, przedszkolakom wręcza się kolorowanki czy książeczki do oglądania, powyższy gadżet może być gryzakiem dla maluszka. Na spodzie nadrukowane logo, nazwa miasta i 'international airport', stać ludzi na międzynarodowe latanie, czyżby za 500+? Podoba mi się pod względem estetycznym, w zalewie wszechobecnego kiczu, jeden z niewielu przykładów dobrego projektu i przy tym spełniającego swoją funkcję. Kwestia zasobności zleceniodawcy, stać go było na zapłacenie fachowcom i efekt widać. Miła w dotyku, miękka pianka, odrobinę wyskubana i nadpęknięta, ale mnie nie przeszkadza. Zbieram po kawałku samochody i wyposażenie biura, może być i pierwszy krok do założenia własnej linii lotniczej.

wtorek, 20 czerwca 2017

    Nie wystarczy chcieć i nie wystarczy się starać. Nie wystarczy poświęcić x czasu i nie wystarczy zamienić obowiązku na hobby. Próbowałam nauczyć się obcego języka. Niemieckiego, bo akurat od tego się zaczęło w podstawówce, a potem się już ciągnęło w liceum i na studiach. W sumie prawie 10 lat nauki - efekty gorzej niż mizerne, na każdym etapie to było jak malowanie obrazu przez niewidomego albo granie przez głuchego - jeden i drugi jest w stanie nauczyć się na pamięć w jakiej kolejności są ułożone farby/klawisze i w którym miejscu coś namaziać/nacisnąć, co najwyżej może wyjść z tego "modernizm" z grubsza przypominający wyuczony schemat albo melodyjka z kolejnych dźwięków odtwarzanych przez robota. Tak też i z moim mówieniem po niemiecku, w najlepszym razie dukanie na poziomie "Kali wyklepać odmianę", pojedyncze słowa w zdaniu przetłumaczone po kolei i zebrane razem - sposób, który zazwyczaj trwał koszmarnie długo i często wychodziły głupoty.
    Pierwszy (i jak dotąd jedyny) wyjazd zagraniczny, wycieczka akurat do Niemiec, nastąpił krótko po zakończeniu całej tej edukacji, lektorat skończył się na trzecim roku. Zderzenie z żywym językiem wykazało dobitnie, że szkolna nauka nijak nie uczy. Teoretycznie powinnam umieć dogadać się choćby w codziennych sytuacjach, wyszła ciemna mogiła... Wśród miejscowych znalazł się chłopak z gatunku "ja zawsze pierwszy zagaduję tych nieśmiałych" i gdy na początku w naiwności swojej na pytanie "Czy mówisz po niemiecku" odpowiedziałam "Mało, ale rozumiem", próbował coś ze mnie wycisnąć. Jedyne, z czym sobie poradziłam to odpowiedzi na pytania typu ile mam lat, nie mam rodzeństwa, nie mam psa ani kota, mieszkam z rodzicami, oni są starzy i nie pracują, lubię czytać i podobne, których uczą się absolutnie początkujący na pierwszych zajęciach. Pytanie "Czy byłaś już kiedyś w Niemczech?" przetrawiałam tak długo, że zdążył przynieść mapę aby pokazać palcem różne kraje, bo musiało potrwać, zanim w głowie przetłumaczyłam, że słówko 'gewesen' to czas przeszły od czasownika 'sein' - być, w końcu ułożyłam prawidłową odpowiedź, że nie, to mój pierwszy raz za granicą. Zero swobody, rozumienia z marszu, nawet tak prostych pytań. No nic, porażka, ale pomimo permanentnego czerwienienia się ze wstydu, że nie jarzę, przeżyłam ten stres i postanowiłam wyciągnąć wnioski. Skoro okazało się, że rzeczywiście "trochę rozumiałam", a już byłam niemal wniebowzięta, gdy w autobusie usłyszałam jak dziewczynka na oko dziesięcioletnia rozmawiała z koleżanką i zrozumiałam jedno całe (!) zdanie składające się z czterech słów, brzmiało ono "Mam zrobić jedno zadanie", postanowiłam, że się nauczę sama, po swojemu, skoro szkolne metody okazały się nieskuteczne. Czas miałam, pod koniec studiów zajęć już było mało, podstawy gramatyczne znałam, książki miałam własne i całą górę dodatkowo wypożyczyłam z biblioteki, wymyśliłam, że ten mój sposób to będzie skakanie po tematach, a nie trzymanie się podręcznikowej kolejności. To akurat świetnie sprawdzało się przy przygotowywaniu do egzaminów, tyle, że z przedmiotów ścisłych. Mimo wszystko postanowienie zaczęłam realizować. Ten jeden wyjazd spowodował, że przestałam kojarzyć Niemców przez pryzmat najeźdźców z drugiej wojny, co dotąd zawsze gdzieś z tyłu głowy siedziało, a język uznałam za wcale nie taki brzydki, przynajmniej słychać w nim było słowa, a nie tak jak w angielskim wszystko zlane w mieszaninę de-ło-dy-ła-łe-de-dy-łoł, co świetnie zostało sparodiowane w "Misiu" gdy spikerka dla odpowiedniego akcentu mówiła z kluskami w ustach. Tak więc pozytywne nastawienie było, sama uwierzyłam, że traktując tę naukę na luzie, bez napinki i zabawowo, do głowy mi szybciej/łatwiej wejdzie. Proszę, tak to wyglądało: zeszyt z rozmaitościami i nawet artystycznym zacięciem. Zachowałam go na pamiątkę:
niem_1
niem_2
niem_3
niem_4
    Fajne? Wtedy dla mnie było fajne, szperałam po książkach, źródłach, wypisywałam zdania, frazy, przysłowia, ciekawostki, wymyślałam przykłady, gramatyka i wzorce odmian też były. No i? I wszystko o kant doopy rozbić. Coś zapisałam, wydawało mi się, że zapamiętałam, trochę się pobawiłam przy tym, a po paru dniach przerwy znowu pustka i albo zaczynam od nowa, albo nijak nie zrobię kroku dalej. Co zyskałam? Może odrobinę szybsze rozumienie czytanego tekstu, ale to zysk tak niewspółmierny do włożonego wysiłku, że szkoda było marnować czas. Nawet nie mówię o rozumieniu ze słuchu, już później, w czasach internetowych próbowałam coś tam słuchać z netu - nic z tego! Tak jak było, tak pozostało wyłapywanie co najwyżej pojedynczych słów, treść całej wypowiedzi - kompletnie nic, o rozmowie własnymi słowami nawet nie byłoby co marzyć. W którymś momencie trzeba było odpuścić i przyjąć do wiadomości, że mój mózg akurat obcego języka nie przyswoi, koniec z waleniem głową w ścianę. Tymczasem ten mózg nie miał najmniejszych kłopotów z przyswojeniem sobie Excela korzystając tylko z wbudowanej pomocy i metody prób i błędów. Do kogo mam mieć pretensje, że nie trafiło się na odwrót? 

sobota, 17 czerwca 2017

//forum.gazeta.pl/_co_mam_ze_soba_zrobic_porazka
    Włączanie się do dyskusji na różnych forach zazwyczaj kończy się stratą czasu i koniecznością powtarzania wciąż tego samego - a dlaczego się nie zarejestrujesz, żeby mieć ubezpieczenie, a dlaczego nie wyjedziesz, a dlaczego nie chcesz (!) iść na kasę do marketu, bo jak jest kupa ogłoszeń, to wystarczy pójść i w takim Lidlu trzy tysiaki dają (cholera, tyle ludzi naprawdę wierzy w te bajki), w ogóle masz za wysokie wymagania (praca legalna i minimum krajowe), źle napisane cv i w ogóle "wystarczy chcieć, myśleć pozytywnie" i tak dalej. Może powinnam sobie napisać jakiś FAQ i wklejać przy podobnych okazjach. Niemniej przydaje się czasami poczytać dla porównania, że są ludzie, którzy mają gorzej albo tak im się wydaje, są zdołowani jeszcze bardziej, a mój stan od depresji jest mimo wszystko bardzo, bardzo odległy. Nijak to sytuacji nie zmienia i z perspektywą sznura nadal się liczę, ale w przyszłości bliżej nieokreślonej. Podsumowując, na przywołanym w pierwszym zdaniu wątku straciłam trochę czasu, nerwów nie, bo jestem już przyzwyczajona do "dobrodoradzaczy", "znafffców" i wszelkiej maści życzliwych inaczej, za to zyskałam trochę wejść na bloga, bo gazeta.pl dodaje link w sygnaturze promując swoją platformę.
    A blog w zawartości głównej pokazuje, że nawet na śmietniku można coś znaleźć ciekawego. Akurat to jest znalezisko chodnikowo-uliczne, też się liczy.
szkielko
    Taka sobie łańcuszkowa bransoletka ze szkiełkiem. Wartość bliska zeru, dlatego nie mam żadnych wyrzutów, że sobie czyjąś rzecz przywłaszczam, nieuszkodzona, zapięcie działa, do czegoś na pewno się przyda. Już się przydała do zdjęcia i notki tutaj. Do noszenia dla mnie nie, nie lubię takich majtających się przeszkadzajek, zresztą i tak za duża na mój nadgarstek. Zrobiłam zdjęcie z kawałkiem dłoni, i jeszcze strzałką pokazałam, aby było widać, że mam cholernie długą linię życia. Taka zawinięta pod kciuk podobno przewiduje sto lat i więcej. Oczywiście w to nie wierzę, ale jakby mi się udało jakimś cudem załapać na emeryturę, chciałabym żyć jak najdłużej, z czystej złośliwości, aby ZUS płacił więcej niż mu wyszło ze statystycznej długości życia. Właśnie, co do różnych powodów do dołowania się, "jak nie masz po co żyć, żyj na złość innym" i jak na razie tego się trzymam.

wtorek, 13 czerwca 2017

    Dla porównania:
a)
http://next.gazeta.pl/next/7,151003,21951995,polacy-zarabiaja-coraz-wiecej-eksperci-ostrzegaja-w-te-wakacje.html#BoxBizLinkImg

b)
http://www.warszawiak.pl/tylko-do-normalnych-pracodawcow-419901

    Konkurs bez nagród - czyj tekst jest bliższy prawdy? W drugim przypadku zwróć uwagę na miasto i spróbuj przyłożyć proporcje do reszty Polski.
   
A może jednak skomentuję. W moim PUP-ie z ostatniego tygodnia jest ok. sześćdziesiąt ofert, wyfiltrowanych tylko z umową o pracę w pełnym wymiarze, w mieście i bliskich okolicach w zasięgu komunikacji miejskiej. Z tego około 50 niestety nie nadaje się dla kobiety, dla mnie tym bardziej nie, bo fizycznie i tak jestem słabsza niż przeciętna kobieta - robotnicy budowlani, monterzy instalacji, spawacze, operatorzy dźwigów/spychaczy itp. (łącznie z mechaniką), kierowcy ciężarówek, magazynierzy w hurtowniach budowlanych itp. Listonosz - ach,  Poczta Polska, największy pracodawca i to państwowy, oszustem nie będzie, daje etaty, ale wymaganie podstawowe - prawo jazdy i posiadanie własnego samochodu. Ciekawe, że odkąd pamiętam, nigdy nie widziałam w moim mieście listonoszki, chyba jest wiele kobiet, które ten samochód mają, prawda? Jakoś mi tu pachnie castingiem tylko dla mężczyzn.
   
Pozostaje kilkanaście ofert dostępnych dla każdego, wśród nich: kasjer-sprzedawca, obsługa stoiska, wykładanie towaru - typowo sklepowe, marketowe - ale uwaga, uwaga, WSZYSTKIE z tej samej sieci sklepów, z której otrzymałam telefon przed rokiem z zaproszeniem na rozmowę (a jakże, pierwsze pytanie "to który pani jest rocznik" ależ skąd, nic nie przeszkadza) i OCZYWIŚCIE mnie nie zatrudnili, tylko się dowiedziałam się, że "chętnych umówionych było dużo". Te ogłoszenia powtarzają się non stop, od lat. Czemu wiedząc o tym już wtedy dałam się nabrać i wydałam stówę na badania san.-epid.? Biedronka nie daje ofert do PUP-u, ogłasza wolne miejsca na swoich stronach, no pewnie, "stale im brakuje pracowników", wysyłałam swoje cv, bez przyznawania się do mgr i z zaznaczeniem oczekiwanej płacy poniżej minimalnej, bo wiem, że w najlepszym razie jest 3/4 etatu, już cztery razy - NIGDY żadnego odzewu, ale "wolne miejsca" i zachęty jak to fajnie w tym zespole, wiszą cały czas.
   
Wracając do PUP. Dalej, jeszcze jeden "pracodawca", o którym wie całe miasto, że zatrudnia bez żadnej umowy, najpierw "trzeba się sprawdzić" robiąc za darmo, a potem "się zobaczy", jakoś nikt się nie sprawdza i ogłoszenia wciąż czekają na darmowych jeleni. Z pewnością on najgłośniej narzeka na tych leni, co to robić im się nie chce i jak trudno mu kogoś znaleźć.
   
Jedna oferta dla nauczycielki/opiekunki w przedszkolu - wymagania specjalizacji z logopedii, rehabilitacji, psychologii, uprawnień do autyzmu i fafnastu zaburzeń - no nic, jedziemy dalej. Sprzątaczki - tym razem tylko dwie, ale WSZYSTKIE oferty jakie kiedykolwiek się pojawiały, były z wymaganiem grupy inwalidzkiej. Tak samo grafik komputerowy i fakturzysta. Dwie oferty w księgowości, wymagania znajomości angielskiego, prawo jazdy, o wykształceniu kierunkowym i doświadczeniu w biurze rachunkowym nawet nie wspominam - nie mam, ale na takie ogłoszenia wysyłam cv - NIGDY nie doczekałam się żadnego odzewu. Pomoc kuchenna - też z gatunku w ofercie umowa o pracę na minimum, w rzeczywistości najpierw "na próbę" za darmo, potem "się zobaczy" i w najlepszym razie kompletne grosze od kilograma ulepionych pierogów, oczywiście na czarno. Jedna oferta dla programisty IT (rzeczywiście IT to specjalistyczny język programowania), ani słowa o wymaganiach informatycznych, za to biegła znajomość języka ukraińskiego i rosyjskiego - chyba wszystko jasne. Jeszcze dwie prace "biurowe", gdzie w obowiązkach jest "pozyskiwanie klientów i aktywna sprzedaż" czyli zwykłe naciągactwo wręcz oszukiwanie ludzi, ale i tak tylko dla spełniających warunki refundacji z programu dla osób do 30 roku życia. Koniec.
    A miały być tylko dwa linki i no comments...

sobota, 10 czerwca 2017

    Podziękowanie dla pani Renaty za wpłatę 22,23 zł. Na zaokrąglenie. I się zaokrągliło do pięćdziesiątki.
    Dziękuję.

czwartek, 08 czerwca 2017

    Ile wydaje się w Polsce gazet i czasopism? Tzn. ile tytułów prasowych, powiedzmy, że nie bierzemy pod uwagę istniejących tylko w postaci elektronicznej, a tylko tradycyjne papierowe. No więc ile? Dużo. Na przykład "Ruch SA" w prenumeracie oferuje tyle:
https://prenumerata.ruch.com.pl/prasa-papierowa
   
    Ponad cztery tysiące.

    A jest ich więcej, dużo więcej. Dowiedziałam się tego nie skąd inąd, tylko ze śmietnikowych znalezisk. Oto trzy tytuły, których nie ma w powyższej ofercie.

    "Do Domu Ojca" i "Przymierze z Maryją".

dodomuojca
przymierze
    No dobrze, to pierwsze jest pismem wewnętrznym zgromadzenia zakonnego, niedostępność w publicznym obiegu zrozumiała. To drugie jest adresowane do szerszego grona odbiorców, ale wydawcy najwyraźniej wolą polegać na własnych kanałach dystrybucji. Jest numer ISSN, nie ma ceny, zapewne "co łaska".


    Trzeci tytuł "Plejady". Kto zgadłby, jakiej tematyki dotyczy? Nie o astronomii ani o gwiazdach prawdziwych czy tych z ekranu. 
plejady1
    Dwumiesięcznik z podtytułem "Magazyn miłośników Subaru". Innymi słowy o zabawach i zabawkach ludzi, którzy mają dużo kasy.
I pod szyldem tej akurat marki aut organizują rajdy, spotkania, konkursy, wycieczki i się chwalą jak na kółko wzajemnej adoracji przystało.
plejady2
plejady3
    Bogaci muszą być coraz bogatsi, na swoim hobby jeszcze zarabiają sprzedając czasopismo. Cena 12 zł. Prezentowane egzemplarze są akurat cztery takie same wysłane pod jeden adres (wyrzucone bez otwierania, zafoliowane). Akwizytor dobrze się spisał i przekonał do zamówienia razy cztery, kasa zgarnięta, jest biznes. Normalnie w "Ruchu" chyba nikt by tego nie kupił. Tak samo zresztą jak powyższych religijnych, choć jakość wydawnicza jednego i drugiego to jak niebo i ziemia (niekoniecznie w tej kolejności). Tu i tu sprzedaż jest kwestią odpowiedniej akwizycji.

    Ile jeszcze może być czasopism poza standardowym obiegiem? Ile ich jest łącznie, takich, które oprócz zarejestrowania tytułu, regularnie się ukazują? Pięć tysięcy? Ile jest rentownych? Istnieje tu nisza na coś jeszcze? Chyba nie.

niedziela, 04 czerwca 2017

    Była sobie pamiątka z Zakopanego. 
zzakopanego1
    Całkiem fajna i milusia, tylko że się trochę rozpruła. Gdyby nie to, nie powstałaby matka głupich i jej potomstwo, bo właśnie wyłażące wypełnienie spowodowało, że wpadłam na taki, a nie inny pomysł. Nawet pasują baranki z nieba do niebieskich kosmitów.
zzakopanego2
    Nie wiem, jak to się nazywa, tworzywo na pewno sztuczne, podobne do waty i do takich właśnie wypełnień przeznaczone, toteż moje maskotki nie są jakimś badziewiem, które zniszczy pierwsze pranie. Szanse na sprzedaż znikome, ale jak nadejdzie sezon, spróbuję wystawić, w porównaniu z istniejącymi na Allegro estetykę prezentują akceptowalną, a do tego są absolutnie niepowtarzalne, bo robiłam z głowy, nie z jakiegoś gotowego wzoru. Bałwanów już jest trzech, a jeszcze dorobi im się jakieś rodzeństwo.
    Poduszkę z barankami, w podzięce za użyczenie wnętrzności, zachowam jako poszewkę, do środka wejdzie coś wypchanego różnymi ścinkami i resztkami - będzie wtedy i bałwan syty, i owca cała.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 20



---*********---
M O J A
S T R O N A
O F E R T O W A
wejście
---*********---




Można zarobić
legalnie, a jak
dzięki poniższej reklamie
notka TUTAJ



--------------------
Miejsce
na Twoją
R E K L A M Ę
--------------------



Matka głupich

71 1460 1181 2025
9987 1934 0002



suma z kategorii
PIENIĄDZE

+ 6150,00



wartość jednostki
z kategorii
iNWESTYCJE
od =1 w dniu 15.09.2014

1,1908

w cenach zamknięcia
1,0902
(wyliczenia z poślizgiem)