Kategorie: Wszystkie | O mnie | PIENIĄDZE | filozofia | iNWESTYCJE | niewyrzucone | znalezione | życie
RSS
niedziela, 05 listopada 2017

    Dobra. Żyję. Tylko nie piszę, bo mam ważniejsze sprawy na głowie. Pierwszą wypłatę zaliczyłam i jakoś nie upiłam się ze szczęścia ani nie wpadłam w szał zakupów (poza kilkoma opakowaniami budyniu), przez chwilę chciałam puścić lotto, ale mi przeszło.
    Za chwilę zacznę spłacać darczyńców-pożyczkodawców, pierwszy przelew pójdzie już jutro do pana Tomasza. Przyjęłam zasadę LIFO (last in, first out) i kwotę na razie bez odsetek, wyjdą na koniec, suma w bocznej szpalcie będzie się zmniejszać do zera i poniżej. O ile cała ta praca nie zakończy się po okresie próbnym, bo w końcu i tak nigdy nic nie wiadomo.
Tfu, tfu... odpukać... na psa urok...

piątek, 20 października 2017

    Jesień idzie, nie ma na to rady.
mgly
    Poranne mgły to może i jest romantyczny widok, tym bardziej, że takie wstęgi utrzymują się tylko przez kilka minut, ale gdybym mogła wybierać, wybrałabym prozaiczne dłuższe pospanie zamiast poezji nostalgicznych krajobrazów.

poniedziałek, 16 października 2017

    Ostatnie dni polskiej złotej jesieni.
wilanowska
    Węzeł przesiadkowy/pętla Metro Wilanowska,
poniżej okolice przystanku Wilanów.
wilanów
    Widoki nie wyglądają na wielkomiejskie, a tu właśnie autobusy wloką się w korkach tak samo jak w śródmieściu. 40 minut opóźnienia to standard, 60 minut też się zdarza. Na całej trasie liczącej ok. 20 kilometrów średnia prędkość autobusu wychodzi 10 km/godz. - chyba król Sobieski konno, z całym majdanem wozów podróżował szybciej...

czwartek, 12 października 2017

    Taki mam widok sprzed okna. Kuchnia wspólna dla kilku firm w budynku, z etykietkami na szafkach. Do dyspozycji lodówka, kuchenka mikrofalowa (w końcu zobaczyłam ten sprzęt z bliska), o czajnikach nawet nie ma co wspominać - standard. Kubeczki z logo i kieliszki, jak zdążyłam się przekonać, używane zgodnie przeznaczeniem.
    Wszystko jak nowe, żadnych obtłuczeń, przybrudzeń, wysprzątane na błysk - elegancja-Francja.
widok1

    A taki jest widok za oknem. Elegancja nieco mniejsza :)
widok2

    Z tego ujęcia widać czubek Pałacu Kultury. Przy dobrym wietrze beretem dałoby się dorzucić? Chyba jednak nie, ale i tak blisko.
widok3

piątek, 06 października 2017

    Tym razem z cyklu 'dorwałam się do natury'. Mogłabym sfotografować korek na kilometr, ale jak już dojechałam (po dwóch godzinach plus 30 minut piechotą od przystanku do domu), pozwoliłam sobie na jeszcze parę minut rozglądania się. Co tu mamy? Piękne muchomory czerwone, średnica tego większego prawie 20 cm, trochę krzywy i pewnie dlatego taki szeroki, że trzon przykrótki mu wyszedł, ten drugi też niewymiarowy, ale kolor i kropkowanie nie budzą żadnych wątpliwości - nawet dzieci z przedszkola wiedzą, co to jest.
muchomory

    A co przedstawia poniższe zdjęcie, nie wiem. Obstawiam gąskę niekształtną, bo nazwa pasuje do tego czegoś niekształtnego i chyba już mocno przejrzałego. A jeszcze wczoraj żadnych grzybów w tym miejscu nie było.
nieksztaltne

    Mniej fajnie, że nocna wichura przewróciła dwa drzewa parę kroków od domu. Takie to uroki mieszkania blisko natury. Jako dziecko marzyłam o domku w środku lasu, trochę później o podmiejskiej willi, teraz już nie wiem, weryfikacja marzeń postępuje w tempie ekspresowym...

    Zabrałam z domu (tego w Polsce B) kabelek do telefonu i dzięki temu mogę wrzucać zdjęcia na bieżąco, ale będą bez obróbki, ze zmniejszeniem dopiero w serwisie blogowym - to znaczy, że będzie ich mało, tylko takie, które uda się zrobić w miarę dobrze "z ręki". Ale-ale, zaraz - po co mam w ogóle kontynuować pisanie bloga? Cel osiągnięty (na jak długo, to się jeszcze okaże). I o czym teraz? Co zobaczyłam na ulicy? Jeszcze pomyślę.

środa, 04 października 2017

    Nie zakocham się w Warszawie, nie ma mowy. Transport publiczny - kompletna porażka. Dwadzieścia kilometrów autobus pokonuje w ponad 90 minut (według rozkładu miała być godzina z ogonkiem) i to wcale nie w największym szczycie. Z przesiadką w metro byłoby odrobinę szybciej, ale wtedy łatwo może stracić ważność bilet 90 minutowy, który przy połączeniu bezpośrednim niezależnie od czasu obowiązuje do przystanku końcowego.
    Taksówkarze - nie wiem jakiego słowa użyć na osobników wpychających się przed autobus niemal się o niego ocierając, blokujących zatoczki, a zielone światło dla pieszych dla nich nie istnieje, nie mówiąc już o nachalnym nagabywaniu pod dworcem - mnie też taki jeden zaczepił, wyglądam na jakąś cudzoziemkę, frajerkę i jednocześnie z kasą, którą można by orżnąć?
    No nic, jedyna na to rada szybko dorobić się własnego helikoptera z lądowiskiem na dachu któregoś z wieżowców. Druga opcja, niezbyt dowcipna, niestety, zaopatrzyć się w pojazd uprzywilejowany z kogutem - to chyba też jest standard, że karetka na sygnale omija korek jadąc chodnikiem, lawirując między słupkami i przecinając skrzyżowania na zebrach.
    Ale jest też "wielki świat": minęłam samochód z zamontowaną kamerą na dachu i widocznym przez szybę wypasionym (według mojego uznania) osprzętem. Naklejki na aucie wyjaśniały, że jest to "Google Street View".
    Na mniejszą skalę i jedna z polskich firm wymyśliła, jak się wyróżnić z tłumu - na samochodzie, oprócz adresu drukarni oferującej usługi, hasła głosiły: drogo! brzydko! nieterminowo! siedziba była zilustrowana kawałkiem zdjęcia osoby siedzącej na muszli klozetowej. Sprawdziłam - jest w Google łącznie ze zdjęciem tego samochodu :)
    Na koniec mały pozytyw - nikt się głupio nie gapi na ludzi ubranych nieco mniej standardowo. Na przykład ja zakładam czapkę, gdy jest mi zimno i guzik mnie obchodzi, że jestem jedyną taką osobą na ulicy. U siebie często zdarzało mi się słyszeć chamskie uwagi, zwykle od młodzieży w wieku gimnazjalnym. Tu nie ma presji na podporządkowywanie się stadu, wielu  z przedstawicieli tejże młodzieży też nosi czapki, trafił się i chłopak w śmiesznej różowej - żadnych komentarzy. Jest jakiś większy luz. Może dlatego, że w stolicy rzeczywiście jest łatwiej i człowiek nie postrzega drugiego jako konkurencji, przed którą trzeba mieć się na baczności i na wszelki wypadek stosować atak jako "najlepszą obronę". Bardzo mądrze ktoś kiedyś wymyślił: Byt określa świadomość.

niedziela, 01 października 2017

    Pan Tomasz co miesiąc wpłacał mi po 50 zł, pomimo zmiany sytuacji, wpłacił i tym razem, z nowym tytułem przelewu: Matka sukcesu :)
    Dziękuję.

    Za miesiąc, po pierwszej wypłacie, przelew pójdzie w drugą stronę. Z odsetkami. Już jutro pierwszy dzień w pracy na poważnie.

piątek, 22 września 2017

    Zwykłe widoki były, tym razem kilka nietypowych.
warsz_w5
warsz_w4
    Podczas mżawki dach dworcowy też może być elementem kompozycji i kolorystyka taka nostalgiczna...

warsz_w_st1
    Tu kolorystykę zmieniłam na styl retro, z którym ten dźwig w środku trochę się gryzie, tak miało być.

sieckom
    Wprawdzie opanowałam przejazdy do kilku kluczowych miejsc, a nawet zakup biletu w automacie okazał się przyswajalny od pierwszego razu, ale zapamiętanie informacji z takiej mapki to jednak za dużo na raz.

    A jakby ktoś nie wierzył w mysz przebiegającą drogę, tudzież interpretację tego zjawiska jako odwrotność przebiegającego kota - otóż i ona.
myszka
    Prawdziwa, żywa mysz, nie bała się paradować mi przed nosem na stole. Wkrótce pewnie tego pożałowała, bo ją po prostu złapałam, tak zwyczajnie nakryłam kloszem. Nawet nie przypuszczałam, że to takie łatwe, mój podziw dla kotów wyraźnie osłabł. Tak w ogóle myszy były trzy, pozostałe połapały się w zwykłe pułapki, takie klateczki, które nie zabijają, aczkolwiek stresują, zwłaszcza jak się ogon przytrzaśnie. Teraz pewnie szukają drogi powrotnej albo znalazły miejsce w innym domostwie.

    To już końcówka. Na dworzec dojechałam z dużym wyprzedzeniem i człapałam powolutku biorąc chętnie ulotki od dorabiającej sobie młodzieży. Poniższa miniaturowa maskotka była dodatkiem do reklamy biura podróży.
minikolor

    I tak wyczekałam się w hali, bo pociąg przyjechał spóźniony pół godziny. Banery zachęcały do łatwego pożyczania, zakochania się w Warszawie (takie samo logo i hasło jak na biletach ZTM) z racji braku zmartwień o żłobki i trochę dalej o przedszkola.
whali
    Chyba się nie zakocham w Warszawie, sorry.


czwartek, 21 września 2017

    Okoliczności wielkomiejskich nie uznałam za fascynujące, w końcu całe życie mieszkałam w mieście, tylko sporo mniejszym, bardziej emocjonujące od tych wypasionych wieżowców byłoby spotkanie z krową oko w oko. Niemniej kilka widoków uwieczniłam. To nadal jest samo centrum w promieniu kilkudziesięciu metrów, niekoniecznie z szeroką panoramą, ale PKiN musi być. Na końcu wypad na Żoliborz.
w1
telegraf
pkin_2
figura
w2

    Okoliczności podmiejskie uznałam za ciekawsze :) Wprawdzie nie z krową, ale z wiewiórką zapoznałam się dosyć blisko i z rozmaitymi ptaszkami, których jednak nie udało mi się przyłapać, aby zdjęcia wyszły wyraźne.
wiewiorka

    Za to obiekty mniej ruchliwe, jak widać poniżej.
gasienica
zmrocznik gładysz (Deilephila elpenor) na etapie larwalnym, dorosły motyl będzie dużo mniejszy niż jego gąsienica

grzyby
borowiki (prawdziwki) i gołąbki (surojadki)

czeremcha
czeremcha

    Ciąg dalszy nastąpi.

środa, 20 września 2017

    Z podróży. Koszmarny upał, stałam w otwartym oknie, bo udawało się wytrzymać tylko z nawiewem. Z okna pstrykałam, ale w sumie nic ciekawego, taki sobie widoczek - w okolicach jednego z przystanków na trasie.
zokna

    Pierwsze, co się rzuca w oczy po wyjściu z Centralnego - jakżeby inaczej - Pałac Kultury i Nauki. Zdjęcie jest późniejsze, nie z wyjścia, wtedy nie miałam głowy do pstrykania zestresowana obawą, czy rozpoznam osobę (i ona mnie), która miała mnie odebrać i poprowadzić dalej. To na szczęście się udało. Do notki wybrałam wersję PKiN-u z iglicą we mgle, tak symbolicznie, aczkolwiek niezgodnie z rzeczywistością, bo wtedy świeciło ostre słońce.
pkin_1

    Potem poszło już łatwo, pomimo huku w głowie i początkowym pogubieniu się w rozróżnianiu ulic, kierunków i autobusów, później poukładało się samo. Na miejscu jednym z obiektów wartych zdjęcia, także z racji interpretacji symbolicznej, okazał się "łuk triumfalny" :)
brama

    Najbliższe otoczenie było zamieszkałe przez istoty, które okazały się fotogeniczne i mało płochliwe, choć ta ostatnia początkowo napędziła mi stracha.
zaba_2
żaba trawna - okaz większy od mojej pięści

konik
konik polny, który na swoje szczęście dał się złapać i wypuścić na zewnątrz

straszy
Ja myślałam, że to włamywacze, a to był zwykły poltergeist... :) *)

*) Kto oglądał swego czasu "Zwierzyniec" (lata 70.), zapewne pamięta pełne swady opowieści p. Sumińskiego, w jednej z nich padły te słowa: ja myślałem, że to żyrafa, a to był jeż.

    Ciąg dalszy nastąpi.


wtorek, 19 września 2017

    Umowa podpisana, ale nie na trzy miesiące, tylko dwa, i nie zlecenie, tylko dzieło z "ozusowaniem", które jakoś mi się nie podoba, bo w takim układzie to ja mam deklarować się do ZUS-u, a nie z pośrednictwem płatnika. Oby temu płatnikowi nie wpadło na myśl deklarowanie w moim imieniu dobrowolnego ubezpieczenia zdrowotnego - tu długa przerwa powoduje kosmiczną dopłatę, nie ma mowy!
   
Przeszukiwanie netu w celu wyjaśnienia wątpliwości niczego nie wyjaśniło - wszystkie poradniki i portale zrzynają od siebie nawzajem i powtarzają to samo, że dzieło jest oskładkowane tylko jeżeli zawarte z własnym pracodawcą, a jak nie - nie jest. Natomiast nikt się nawet nie zająknął o czymś takim, że składki emerytalno-rentowe (te chcę) są niezależne od zdrowotnych (na te poczekam do etatu, przeżyłam bez lekarzy kilkanaście lat, przeżyję i dwa miesiące).
   
Ponieważ do rozpoczęcia jeszcze jest czas, będę się dopytywać co i jak, może przespaceruję się i do "mojego" ZUS-u.
    
    Na razie, bo tego chyba nie widać, wróciłam do swojej Polski B na kilka dni, żeby na przykład zaopatrzyć się w ciepłe ciuchy i parę innych rzeczy, które się potem przydadzą, a o których nie pomyślałam, nie wiedząc czy cokolwiek z całej tej imprezy wyjdzie
.  
    Wróciłam tym samym Gombrowiczem, tylko w drugą stronę, dotarłam do domu z ponadgodzinnym opóźnieniem. Chyba ten typ tak ma...

    Jutro będą zdjęcia.

środa, 13 września 2017

    Trafiony!

Nie było innej opcji. Albo strzał w sam środek albo nic.


Umowę podpisuję w poniedziałek, zaczynam pierwszego.

wtorek, 12 września 2017

    Jeszcze nie wiem, co wyszło z rozmowy, ale musi COŚ wyjść. Nie ma innej opcji. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na rękę opatrzności, która pokazuje palcem tylko ten jeden cel. Nawet fakt, że nie ma żadnego innego odzewu (pomijając chybiony urząd, jedną dyplomatyczną odmowę i jedną obietnicę „zadzwonimy we wtorek” oczywiście nie zadzwonili), co przecież jest na zdrowy rozum nieprawdopodobne, że ponad dwadzieścia aplikacji na ogłoszenia, do których spełniałam wszystkie wymagania, trafiło w ścianę albo do czarnej dziury, potwierdza, że to opatrzność nie pozwoliła na żadne inne zaczepienia, niż tylko TO.
    Tak w ogóle, w żadne opatrzności, przeznaczenia i siły wyższe szczegółowo kierujące losami nie wierzę, ale jak coś działa, to bez względu na to, czy się w to wierzy, czy nie. Nie wierzę, że gdy kot (czarny czy jakikolwiek inny) przebiegnie mi drogę, przydarzy się pechowe zdarzenie. Tak samo nie wierzę w odwrotność tegoż przesądu, czyli czekające mnie szczęście, gdy przebiegnie mysz. Ale skoro właśnie przebiegła mysz, to nawet obiektem niewiary lepsze jest szczęście niż pech, prawda?
    Co do sprawy zasadniczej, może jutro COŚ się okaże, a tymczasem zasnę ze świadomością, że mieszkam z myszą. Czy tylko z jedną, oto jest pytanie. Widziałam jedną, jak włazi szparą, w którą nie dałoby się wcisnąć ołówka. To szczęście, że nie reaguję histerią na takie stworzonka. Ale trzeba będzie pomyśleć, jak przekonać współlokatorkę, że jednak lepiej jej będzie na polu (tak właśnie, na polu, nie na dworze), trzeba to zrobić dyplomatycznie...



sobota, 09 września 2017

    Ze spotkania nieoficjalnego wyszło zaproszenie na rozmowę oficjalną. Jest to już COŚ, ponieważ miejsce było pierwsze upatrzone jako cel w samym środku tarczy (i zbiegiem okoliczności w samym centrum Warszawy). Wiadomo, nie mów 'hop', zanim nie przeskoczysz, nie chwal dnia przed zachodem itd., w dodatku jak zwykle nie popisałam się elokwencją, ale nie liczy się styl dojścia, tylko efekt końcowy. Ciąg dalszy łapania COSIA nastąpi w poniedziałek, w samo południe, rzut beretem od Pałacu Kultury...

piątek, 08 września 2017

    Kto chce trzymać kciuki, proszę na jutro: sobota 09.09. bardzo ładna data - spotkanie właściwie nieoficjalne, ale jeżeli coś z tego wyjdzie, to będzie COŚ.

środa, 30 sierpnia 2017

    Podziękowania dla pana Tomasza za wpłatę 50 zł, jak co miesiąc.
    Dziękuję.

    Matce głupich już dawno powiedziałam, żeby dała mi spokój, ma inne dzieci, które ją kochają i potrzebują, a ona "wie lepiej", że jak się będzie modlić, to mi pomoże... (to taka metafora).


    Aż chciałoby się zaśpiewać. Złapałam się na oczywistą ściemę i ośmieszyłam jak skończona oślica. Zresztą tak samo jak wtedy, gdy naprawdę myślałam, że emerytki na kasę do Tesco biorą z powodu braku ludzi. Tak samo idiotycznie pomyślałam, widząc wymagania w ogłoszeniu do urzędu, wykształcenie średnie i obsługa komputera (nie licząc obywatelstwa, niekaralności itp.), a w dodatkowych znajomość podstaw księgowości, że jak się zgłosi ktoś spełniający te warunki z naddatkiem (mgr, kurs i doświadczenie pokrewne), to zatrudnią dlatego, że nie ma chętnych z powodu płacy mniejszej niż na kasie w Biedronce. No bo w Warszawie już na pewno musi być inaczej niż w Polsce B, gdzie do urzędu nie ma szans dostać się ktoś bez co najmniej dyrektorskiego zaplecza, a Biedronki mogą sobie wziąć z castingu osobę według dowolnego gustu, do zasuwania za trzech na 3/4 etatu. Na tym miała polegać ta Warszawa, że „praca szuka człowieka”, no nie? Oj, naiwny, naiwny...
    Tak więc kilka dni wcześniej, w naiwności swojej, papiery złożyłam z pełnymi formalnościami (oświadczyłam, żem Polka, niekarana itd.), reszta się zgadzała. Dostałam telefon z zaproszeniem na rozmowę. Pojechałam i „rozmowa” zaczęła się od tego, że dostałam do wypełnienia test na wiedzę, o której ani słowem nie było wspomniane w ogłoszeniu. W tym bardzo fajne pytania o numery kont i symbole sprawozdań, artykuły ustawy X zmieniającej przepis Y i kilka prostszych typu stawki VAT, czy wypłata z rachunku bieżącego to WN czy MA albo np. czy jednostka budżetowa ma osobowość prawną. Coś tam wiedziałam, coś nastrzelałam, ale wynik okazał się, jak łatwo się domyślić, nierewelacyjny. Śmiem twierdzić, że tylko ktoś znający wcześniej pytania (a ja nie wiedziałam, że w ogóle coś w tym stylu będzie) albo pracujący tamże od lat byłby w stanie z pamięci podać te wszystkie numery, symbole i to dokładnie w wersji obowiązującej dla ściśle określonej jednostki budżetowej.
    Za chwilę podczas rozmowy z panią dyrektor szybko stało się jasne, że „przecież pani nic nie umie”, choć powiedziane w sposób grzeczny i miły, nie przeczę. Nie zadałam pytania, dlaczego w takim razie nie napisano w ogłoszeniu, że czekają na takiego specjalistę, który musi wiedzieć to_i_to. Najgłupsze pytanie pod słońcem: „dlaczego?”. Dlatego, że tak miało być. Jasne? Teraz jasne. I jak tu nie twierdzić, że te słoiki nie są głupie, w dodatku nic nie umieją.
    Nie pierwszy raz dałam się okpić, nie ostatni. Równocześnie składałam papiery do urzędu skarbowego, gdzie wymogi były prawie takie same: wykształcenie średnie, obsługa komputera, doświadczenie w pracy biurowej i zaledwie mile widziana znajomość kilku ustaw, np. KPA. Nawet rozbawiła mnie konieczność złożenia jeszcze oświadczenia lustracyjnego, ale napisałam zgodnie ze wzorem (i z prawdą), że nie współpracowałam. Zapoznam się szczegółowiej z tymi ustawami, ale coś mi się wydaje, że nawet wykucie ich na pamięć nie spowoduje, że będę mieć jakieś szanse. Dostać się do budżetówki? Z ulicy? Oj, naiwny słoiku...

    Aha! I jeszcze przyszła na maila jedna odpowiedź, sam fakt, że nie zapadła głucha cisza to cud, ale treść tej odpowiedzi już cudem nie jest. Kto to jest dyplomata? To ktoś, kto odeśle cię do diabła w taki sposób, że będziesz podekscytowany tą wyjątkową wycieczką. Napisali tak właśnie dyplomatycznie: nie wybrali mojej kandydatury, ponieważ kierują się nie tylko własnymi potrzebami, ale także możliwościami rozwoju i atrakcyjnością dla pracownika. W tłumaczeniu z dyplomatycznego na nasze: spadaj, chcemy młodą dziewczynę, żeby jej jak najmniej zapłacić, niech zasuwa dopóki się nie zorientuje, że na podwyżkę/awans/umowę (niepotrzebne skreślić) nie ma co liczyć, wtedy wymieni się ją na nową „w trosce o możliwość rozwoju”. 

wtorek, 29 sierpnia 2017

    W końcu jest pierwszy telefon z zaproszeniem na rozmowę. Urząd państwowy. Z jednej strony nie trzeba się obawiać kombinacji z umową "na gębę", z drugiej nie ma co liczyć na płacę większą niż minimalna, bo to działka oświatowa - jak wiadomo tam panuje budżetowa mizeria. Ale zobaczymy, bo wcale nie jest powiedziane, że mnie wybiorą. Jutro ok. 9:30 proszę trzymać kciuki.

piątek, 25 sierpnia 2017

    No i nic. Żadnego odzewu.
    Poszło prawie dwadzieścia aplikacji, kilka miało dłuższy termin, więc jeszcze nie zaczęło się ich rozpatrywanie, ale od pierwszych minęło grubo ponad dwa tygodnie.
    I nic.

    Ogólne wrażenia ze stolicy? Wizualne pozytywne, łatwo zrobić pocztówkowe zdjęcie z dowolnym obiektem, bo wszystkie (przynajmniej w centrum) mają swój styl, a ich połączenie też wygląda interesująco. Parę fotek wrzucę jak nadarzy się okazja.
    Wrażenia słuchowe - hałas wszędzie, a w metrze to jeden wielki łomot. Na szczęście napisy są duże i czytelne, reklamy nie gryzą się z informacjami, rozglądając się uważnie, z pomocą mapy, łatwo trafić tam, gdzie się zamierza.

    A największym dla mnie zaskoczeniem okazały się wrony w środku miasta. Tak, wrony siwe, których u nas nie ma w ogóle, w zamian za to utrapieniem są gawrony. Niby podobne, ale jednak inne. Te nasze są  ładniejsze, czarne całe i gładkie aż się błyszczą na fioletowo, warszawskie wrony wyglądają dosyć niechlujnie...
    Są i rozmaite inne zwierzątka, z którymi się zapoznałam, ale to już bez związku z tematem głównym. Jak na razie zamiast kariery zaliczam wycieczkę turystyczną. Nie tak miało być. Rynek pracownika - psia mać!

środa, 09 sierpnia 2017

     Sześć aplikacji poszło wczoraj. Na pierwszy rzut te najbardziej ambitne, odpowiadające kwalifikacjom. W jednym przypadku chcieli, aby kandydat od razu określił się płacowo (ciekawe, czy liczą na wolontariusza), napisałam: umowa o pracę 2500, zlecenie 3000 i coś mi się wydaje, że o tej ofercie mogę zapomnieć. Ale jest pięć innych, pozostaje czekać.
    Dzięki za trzymanie kciuków.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 21



---*********---
M O J A
S T R O N A
O F E R T O W A
wejście
---*********---




Można zarobić
legalnie, a jak
dzięki poniższej reklamie
notka TUTAJ



--------------------
Miejsce
na Twoją
R E K L A M Ę
--------------------



Matka głupich

71 1460 1181 2025
9987 1934 0002



suma z kategorii
PIENIĄDZE

+ 6250,00



wartość jednostki
z kategorii
iNWESTYCJE
od =1 w dniu 15.09.2014

1,1908

w cenach zamknięcia
1,0902
(wyliczenia z poślizgiem)